piątek, 26 kwietnia 2013

Prolog


Kometo,
czymże jest wędrówka bez celu? Wędrowałem chcąc poznać prawdziwe uczucie euforii, rozsadzającej mnie od środka. Euforii, która ma początek i koniec.
Niegdyś zapisałem, że koniec to początek nowej historii. Nowy początek, nowy szlak i nowy cel. Dowiódłbym tylko, iż ma wędrówka nie posiada mety. Odnajdę swoją przystań? Powiedz mi tylko, gdzie zatrzymać się mam.
A start? Zacząłem od tego miejsca, w którym teraz stoję i wpatruję się w przestrzeń, która dzieli mnie od Ciebie. Czy znajdę Cię zaplątaną wiatrem, objętą ramionami oceanu?
Płonie we mnie nadzieja, dusi się, próbuje opuścić, lecz nie pozwalam jej. To dobrze czy źle?
Płonę ciszą, nienagannie czystą. Płomień rozgarnia melancholie do spalonej rzeki wspomnień. Wyciszam szepczące serce. Wylewam sekundy na teatr słów. Gram duszą. Ścigam powietrza smak w trosce o skryte ścieżki ciemności. Zaczarowane, niepowtarzalne piękno.
Samobójcze, nieosiągalne piękno.

Olimp


Płonę ciszą, nienagannie czystą.

Olimpie,
Spalam się.
Patrząc dogłębnie na świat, chowam się  w świetle cienia. Głęboko zapuszczając się w gąszcz własnego umysłu. Zagubiłam się, odszukując drogę do  jaskini sprzecznych ze sobą uczuć. Zauważam zmiany w środku, gdzieś daleko. Nie potrafię do tego dotrzeć.
Spalam się.
Jestem codziennością niosącą za sobą zło. Monotonnością niosącą za sobą wszelkie konsekwencje za swe czyny. Wodospadem rutyny gojącej czas. Wpadam do czarnej dziury, odszukując niebo w ramionach zapachu bezpiecznego oceanu.
Spalam się.
Pękła bomba czasu, a ja topię się w zakamarkach chłodnego tenoru. Melodia grająca w mojej duszy świeci się beztrosko. Przechodzi przeze mnie masowa ilość gwiazd, by rozświetlić drogę sercu.
Spalam się.
Zamykam cząstkę kwiatu. Skrzydła trzaskają o budynek srebrnej maski uczuć. Żelazna brama otwiera się na błysk pieczęci serca. Smuga kryształu kieruje się w oddaloną woń aureoli żywiołów.
Spalam się, chroniąc Twoją drogę.
Kometa

sobota, 20 kwietnia 2013

...


Witajcie,
niestety nie przynoszę dobrych wieści, gdyż rozdział nie pojawi się w najbliższym czasie. Chciałam stworzyć coś, co będzie się podobać czytelnikom, jak i mnie. Chciałam być dumna z tego opowiadania, a wychodzi kompletne dno. Miałam nadzieję, że wciągnie mnie chociaż ta historia, do której jestem naprawdę przywiązana, choć tak rzadko dodaję rozdziały – i tak marnej jakości. Wprawdzie mam napisany rozdział, niestety nie tak jak chciałam. To co napisałam dotychczas nie sprawia, że jestem zachwycona. Postanowiłam zrobić korektę.
Inni sobie pomyślą; co? Jak to korektę? Co ona planuje? Już Wam mówię, chodzi o dokładne poprawienie, napisanie od zera opowiadania. Wiele rzeczy się zmieni, wszystko pójdzie innym szlakiem, mam tylko nadzieję, że mi się uda, bo zapał i chęci mam! Zacznę od razu pisać po testach, przez które będę przechodzić w przyszłym tygodniu.
To co dotychczas napisałam zostanie, jako dowód, że cokolwiek w ogóle napisałam. Mam nadzieję, że się nie poddam. Do tego muszę się wyrobić przed zakończeniem roku, więc chyba nie będzie tak źle. Obiecuję, że prolog pojawi się za dokładny tydzień, czyli 26.04.2013 roku, a może nawet w ten weekend? Nie jestem pewna, ale plany i wszystko inne mam. Heh, tymczasem mam nadzieję, że będziecie nadal ze mną.
Praktycznie wszystko mam rozplanowane, ale nieco może się zmienić. Mam nadzieję, że wyjdzie mi to na lepsze, gdyż chcę stworzyć coś z czym rozstać się nie będę mogła. ;>

Do zobaczenia Słoneczka! <3

wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział trzeci


Usłyszałam dźwięczny chichot. Eugenie, przeszło mi przez myśl, miałam ochotę ją zabić, choć mnie naturalnie nie wypadało. Otworzyłam zaspana oczy i spojrzałam na swoją siostrę, która bezczelnie grzebała w mojej szkatułce, gdzie trzymałam najważniejsze - drobne - rzeczy. Ona dobrze wiedziała, że nie może dotykać właśnie tej kasetki, a zrobiła to! Jędza mała, pomyślałam.
– Eugenie, lepiej się chowaj – wycedziłam przez zęby, a ona jak oparzona zamknęła szkatułkę, biorąc coś z niej i odłożyła ją na miejsce, w tym samym czasie wygramoliłam się z łóżka, nie zaprzątając sobie głowy zakładaniem obuwia na nogi. – No to już nie żyjesz. – Dodałam szybko, a ta jak na zawołanie zaczęła uciekać. Wybiegłam za trzynastolatką.
Biegłam za nią, nie patrząc na mijanych ludzi – wszędzie pałętała się służba. Wleciałam za siostrą do pomieszczenia, nie zważając na to czy ktoś jest w środku, czy też nie. Prychnęłam głośno, po czym usłyszałam ponownie chichot tym razem nie mojej siostry, przez jedno ucho wleciało, przez drugie wyleciało. Powolnymi krokami zbliżałam się do brązowowłosej(Eugenie).
– Oddaj mi to! – wycedziłam ponownie, a ona z radosnym uśmiechem pokręciła głową. – Eugenie, masz mi natychmiast oddać to co wzięłaś z mojej szkatułki. – W moim głosie można było usłyszeć podirytowanie i nacisk na dwa ostatnie słowa. Byłam zła, bardzo zła. A wściekła Beatrice, to nieobliczalna Beatrice.
– Ach, dziewczęta! – usłyszałam głos matki, wywróciłam oczami i odwróciłam się przodem do zgromadzonych. Byli tam wszyscy; moi rodzice, książę Sebastian, księżniczka Tatiana i małżonkowie. Wszyscy byli rozbawieni, choć w oczach mojej matki mogłam ujrzeć lekkie zdenerwowanie, natomiast w oczach Sebastiana zwyczajne rozbawienie oraz zaciekawienie.
– To niech mi odda! Dobrze wiedziała, że nie może tykać moich rzeczy – zawołałam zdenerwowana. Ani trochę nie było mi do śmiechu. Powstrzymywałam się od tego by nie powiedzieć swojej siostrze co o niej myślę, choć… nie, to odpada! Nie mogę zrobić czegoś takiego.
– Nie oddam ci – powiedziała melodyjnym głosem brązowowłosa. Na mojej twarzy zagościł łobuzerski uśmieszek.
– Czyżby? A mam powiedzieć rodzicom, co zrobiłaś ostatnio? – spojrzałam jej prosto w oczy, unosząc brew. – To już nie będzie tak miło, siostrzyczko. – Dodałam już ciszej. W milczeniu podała mi to co zabrała z kasetki i kiwnęłam głową. Nagle uświadomiłam sobie, że jestem w piżamie składającej się z krótkich spodenek i luźnej bluzki. Uśmiechnęłam się niewinnie w stronę zgromadzonych i kiwnęłam głową, próbując wyjść jakoś cało z sytuacji.
– A teraz przepraszam, pójdę… się przygotować – oznajmiłam i szybkim krokiem wyszłam z pomieszczenia. Odetchnęłam z ulgą i powolnym krokiem ruszyłam do swojego pokoju. Byłam zażenowana, tym faktem jak wyglądałam w ich obecności. Spuściłam głowę w dół, mijając wszystkich.

Usłyszałam na sobą męski, nieco zachrypnięty głos. Spanikowana zaczęłam iść szybciej, nie chciałam rozmawiać z nikim, zwłaszcza z Sebastianem, który wytrwale szedł za mną.
– Beatrice, proszę stój – powiedział swoim zmysłowym głosem, a ja jak na rozkaz zatrzymałam się i odwróciłam w jego stronę. Uległam, po prostu uległam. Spojrzałam mu w oczy, a na mojej twarzy pojawił się sztuczny uśmieszek. – Musimy porozmawiać z naszymi rodzicami, więc przyjdź na śniadanie, za dwadzieścia minut, dobrze? – Oznajmił i odwzajemnił mój uśmiech.
Kiwnęłam głową, milcząc cierpliwie, cofnęłam się i ruszyłam z powrotem do miejsca, gdzie spędzałam większość mojego czasu. Usłyszałam westchnięcie i odwróciłam się przodem do księcia. Uniosłam brew zaciekawiona.
– Coś się stało? – mruknęłam niewyraźnie, ale wiedziałam, że zrozumiał. Spojrzał na mnie tymi swoimi dużymi czekoladowymi oczami, a mi momentalnie nogi się ugięły. Jego tęczówki wyrażały smutek, zmieszanie i coś czego rozpoznać nie umiałam. Czułam, że jego nastrój udzieli też się mnie. Zagryzłam dolną wargę nie wiedząc co powiedzieć.
– Wiem, że nie chcesz wychodzić za mąż, niestety taka jest kolej rzeczy – szepnął na tyle głośno, bym usłyszała. Kiwnęłam głową, spuszczając wzrok na jego swoje ręce. Wzięłam głęboki oddech, po czym spojrzałam na niego ponownie. Odsunęłam się szybko od niego, gdy podszedł bliżej i ruszyłam bez słowa do swojego pokoju.
Boję się…

*

Weszłam bez pukania do jadalni, widząc, że Eugenie i Tatiany nie ma. Nie wiedziałam czy mam się bać, czy śmiać. Szczerze powiedziawszy miałam ochotę stamtąd wyjść, po czym wyjść do ogrodu albo na miasto, pragnę korzystać z życia, z pięknej pogody na dworze. Usiadłam spokojnie na krześle, po chwili drżącymi dłońmi nalałam sobie soku.
Cisza bardzo mnie irytowała.
– Słucham.. – powiedziałam zniecierpliwiona. Spojrzałam na nich i kiwnęłam głową by mówili w końcu.
– Powinniście ustalić najszybszą datę ślubu, Beatrice – odezwała się matka Sebastiana, a brew mimowolnie powędrowała do góry. – Nie chcieliśmy by Twoja siostra i moja córka słyszały o czym mówimy, więc śniadanie zjedzą w ogrodzie. – Dodała po chwili, a ja kiwnęłam głową na znak, że doskonale rozumiem co mówi. Nałożyłam sobie sałatki, spojrzałam na Sebastiana, który spojrzał na mnie z radosnymi iskierkami w oczach. Na samą myśl uśmiechnęłam się. Może to małżeństwo to nie taki zły pomysł? Beatrice co ty do diaska wygadujesz?!, skrzyczałam się w myślach i spuściłam wzrok na talerz.
– No dobrze – usłyszałam głos ojca. Westchnęłam i życzyłam wszystkim smacznego. Zaczęłam powoli konsumować danie. – Może za miesiąc? Dokładnie czwartego sierpnia, cudowna pogoda, goście… wielkie weselisko! – Zawołał z entuzjazmem, a ja jak na złość; zakrztusiłam się. Nie rozumiałam dlaczego ten pośpiech, nie moglibyśmy poczekać choć… całe życie? Przecież nigdzie nie ucieknę… no chyba, że sprzed ołtarza w dniu ślubu. Spojrzałam na nich dookoła, czując męską dłoń na moich plecach, przeszedł mnie przyjemny dreszcz i chyba osobnik, który mnie dotykał dobrze o tym wiedział, bo usłyszałam chichot Sebastiana. Wywróciłam oczami wzdychając ciężko.
– Czy nie możemy z tym poczekać…? Tak do końca mojego życia? – uśmiechnęłam się niewinnie, gdy nagle poczułam na swojej dłoni inną. Spojrzałam na mojego… narzeczonego pytającym wzrokiem, on uśmiechnął się tylko i pokręcił głową, że się nie zgadza. – Czyli czwarty sierpnia. – Dodałam cicho, a ojciec klasnął rozentuzjazmowany.
– Ach, doskonale! – zawołał Król Hallov. Skończyłam jeść sałatkę, pogładziłam się po brzuchu, czując narastający strach. Strach przed czwartym sierpnia.
– No i potem zostaje nam czekać na wnuki – odezwała się ciepło w naszą stronę matka Sebastiana.
– Ja sobie tego nie wyobrażam… ja i dziecko? Jestem za młoda, dajcie mi jeszcze jakieś dziesięć lat – powiedziałam szybko, po chwili milczenia usłyszałam wesoły śmiech. Spojrzałam na dwudziestolatka.
– No co było w tym śmiesznego? – szepnęłam mu na uszko, trochę… zmysłowym głosem. Jeśli mogłam go nazwać zmysłowym, po prostu nieco, hm, zachrypnięty z domieszką śmiałości. Zachichotałam widząc jego reakcję. Wstałam i ruszyłam w kierunku drzwi, przepraszając. Musiałam się przewietrzyć.
Beatrice Hallov… już niedługo.

*
{Nie sprawdziłam w ogóle tego rozdziału, jest krótki, byście nie umarli z nudów ;p
Przepraszam, że dodaję post co drugi miesiąc lub w ogóle co miesiąc, ale serio!, mam już kawałek następnego, wystarczy dopisać tu i ówdzie, co nieco i będzie gotów! Trzymajcie kciuki! 
Kocham Was, Pyszczki! Dziękuję za dziewięciu obserwatorów, jesteście wyjątkowi ♥!}

sobota, 29 grudnia 2012

Rozdział drugi


Nie odzywałam się do rodziny, nawet do głowy mi nie przyszło by podejść do nich i przeprosić za swoje dziecinne zachowanie. Po prostu byłam wytrącona z równowagi. Wychodziłam jedynie w nocy, tylko gdy zaczęłam się robić głodna lub chciałam wyjść na świeże powietrze. Westchnęłam cicho i zacisnęłam ręce na swoich dresowych spodniach. Siedziałam na parapecie przyglądając się miastu, a raczej jego fragmentowi. Oparłam podbródek o kolana i przymknęłam powoli oczy. Otworzyłam po omacku okno i wsłuchiwałam się w błogą ciszę.
Uśmiechnęłam się leciutko, kiedy usłyszałam ćwierkanie ptaszków. Była to kojąca melodia, która była małą, ale istniejącą tarczą dla mojego serca, duszy, myśli; całej mojej egzystencji. Zaczerpnęłam głęboko powietrza, tylko po to by zaraz je wypuścić, z krótkim świstem.
Do moich uszu zaczęły dochodzić różne hałasy z dołu. Ciche warkoty silników, nieznajome mi głosy, wychyliłam się nieco za okno i ujrzałam pięć samochodów. Zauważyłam rodziców witających się z jakimiś obcymi ludźmi. Mimo, że byłam ciekawa któż to był, nie ruszyłam się na dół. Słyszałam pisk jakieś dziewczynki, chyba w wieku Eugenii.  Pokręciłam głową, kojarzyłam ludzi, ale nie mogłam sobie przypomnieć z kim.
Zeszłam z parapetu, gdy dostrzegłam, że przygląda mi się jakiś czarnowłosy mężczyzna. Jego oczy hipnotyzujące, nawet z daleka. Odsunęłam się szybko od okna i zeszłam z parapetu. Rozejrzałam się dookoła i ubrałam w miarę przyzwoitą sukienkę; czarno–turkusową – czarna część podtrzymywała biust, miała nałożoną koronkę, natomiast dalsza część; turkusowa, miała małe diamenciki na materiale i była nieco luźna, przed kolanko. Czarne szpilki i srebrne dodatki dopełniały wszystko i dodawały stroju uroku. Włosy upięłam delikatnie w koka, niektóre kosmyki buntowniczo znalazły się na wolności.
Wyszłam z pokoju i zdecydowanym krokiem ruszyłam do salonu, gdzie aktualnie – w moim mniemaniu, znajdowali się goście. Weszłam do pomieszczenie dumnie, a każda para oczu spojrzała na mnie. Zmierzyłam wszystkich krótkim spojrzeniem.
– Witam serdecznie, jestem… – nie dokończyłam, gdy poczułam rękę na swoim ramieniu.
– Jesteś moją przyszłą żoną – dokończył za mnie czarnowłosy, którego widziałam przez okno, zaskoczona spoglądałam w jego tęczówki. – Zostaliśmy już sobie przedstawieni, a jeśli nie pamiętasz jestem Sebastian, książę Sebastian z Veltany.
Dodał ze swoim słynnym uśmiechem adonisa, a ja kiwnęłam tylko głową.
– Wasza królewska mość – skłoniłam się przed królem i jego małżonką. Wzięłam głęboki oddech i obdarzyłam ich najpiękniejszym uśmiechem jakim tylko mogłam. Usiadłam z gracją na fotelu, gdy dobiegł mnie głośny chichot mojej siostry i tej dziewczynki. Brew mimowolnie podjechała mi do góry. Wiedziałam, że coś było nie tak z moją mimiką twarzy.
– Wybacz Beatrice, ale śmiesznie tak wyglądasz – powiedziała trzynastolatka rozbawiona. Utworzyłam usta ze zdziwienia.
– Twoje miny księżniczko są przekomiczne, widać, że jesteś tu tylko i wyłącznie z obowiązku oraz z ciekawości co też mają ci do powiedzenia, och i nie tylko! Wniesiemy w twoje życie dużo śmiechu. Chodź wybierzemy się na spacer po twoim przepięknym ogrodzie. Sebastianie jeśli mógłbyś nam towarzyszyć byłybyśmy mile zaszczycone! – zawołała czarnowłosa rozbawiona, a jej brat skinął tylko głową.
Śmiech udzielił się pozostałym oprócz mi i Sebastianowi. Wstałam nieco niedbale z fotela, na którym było mi niewygodnie poprzez sztywność siedzenia na nim.  Ruszyłam za dziewczynkami, wydawało mi się, że zaprzyjaźnią się; na samą myśl moją twarz przyozdobił uśmiech, ten szczery i ostatnio rzadko u mnie spotykany. Zachichotałam cicho widząc ja te zaczęły zrywać ulubione kwiaty mojej matki.
– Pierwszy raz widzę, że uśmiechasz się nie z przymusu.
Usłyszałam męski, głęboki głos. Po moim ciele przeszły ciarki, których nie umiałam opanować. Spojrzałam w końcu na niego i obdarzyłam go tym samym uśmiechem co dziewczyny. Może małżeństwo z nim nie będzie takie złe? Chociaż nadal miałam wątpliwości czy nie uciec stąd daleko, to coraz bardziej przekonywałam się, że to mój obowiązek, że wszystko się jakoś ułoży; przynajmniej nie wyjdę za mąż za jakiegoś niezbyt przyjemnego dla oka mężczyzny.
Stanęłam na chwilę i przymknęłam oczy rozkoszując się ciepłem słońca, szumem wiatru i radosnego ćwierkania ptaków. Czułam na sobie wzrok Sebastiana.
– Przecież czuję twój wzrok na sobie książę – zamruczałam cicho, a on jak na zawołanie otrząsnął się z zadumy. Roześmiałam się lekko i pokręciłam głową.
Musisz grać, pamiętaj… nie daj po sobie poznać, że coś jest nie tak, powtarzałam sobie w myślach.
– Cóż, wystarczy mi świadomość, że takie widoki będę miał na całe życie – powiedział swoim niecodziennym głosem i już wiedziałam, że spróbuje wszystkiego by mnie oczarować. Słyszałam już ten charakterystyczny ton kiedy podrywał na balu córkę mojej matki koleżanki, której nie bardzo pamiętam. Nie interesowałam się bliżej znajomymi moich rodziców.
Westchnęłam ciężko.
– Powiem wprost, nie podoba mi się fakt, że muszę wychodzić za mąż. Już nie chodzi o sam fakt, że nim będziesz ty, tylko o to, że moi wielmożni rodzice zmuszają mnie do czegoś czego wcale nie chcę, Boże, ja nawet nie wiem ile masz lat! A co dopie… – urwałam, gdy ten przyłożył mi palec wskazujący do ust. Spojrzałam na niego niemile zaskoczona, nie lubiłam, gdy nieznani mi bliżej mężczyźni mnie dotykają; przy tańcu to rozumiem, ale tak na osobności? Nigdy w życiu! W głowie nie mieściło mi się to, że mógłby posunąć się do tak intymnego dotyku.
Swoimi męskimi dłońmi już po chwili dotykał moich policzków. Stałam jak sparaliżowana nie widząc co zrobić.
– Posłuchaj mnie, od razu upatrzyłem sobie ciebie jako moją żonę, widzę, że masz temperament godzien każdej przyszłej księżnej, lecz potrafisz się zachować tez w towarzystwie przyzwoicie i bardzo mnie to cieszy, rozumiesz? Ciężko znaleźć młodą żonę, która przystanie na to by zachowała się naturalnie. Inne kobiety mnie przerażały swoją przemądrzałością, wiesz? Ale ty jesteś inna, wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju, więc nie odrzucaj mnie, bo zmusił cię los do bycia moją żoną, dobrze? – powiedział szybko, nieco zdenerwowany. Oaza spokoju się skruszyła. Wzięłam głęboki oddech kładąc ręce na jego i po chwili zsuwając je ze swojego ciała. Kiwnęłam głową i odsunęłam się na bezpieczną odległość.
Czułam się obserwowana. Ponownie.
– Zdajesz sobie sprawę, że jesteśmy obserwowani? Przez twoją siostrę i Eugenię, oraz naszych rodziców – westchnęłam poirytowana.
Zero prywatności, dosłownie zero.

~

Bolał mnie fakt, że czuję się inaczej, po wypowiedzianych słowach Sebastiana; zakazałam sobie jakiejkolwiek sympatii do tego człowieka. Może okazywałam to dziwnie, a moje słowa, czyny i myśli były ze sobą sprzeczne to nie miałam zamiaru dopuścić do siebie tego, iż mam w końcu stanąć na ślubnym kobiercu. Z pewnością są kobiety dojrzalsze, w jego wieku, bądź nieco młodsze, ale czemu padło akurat na mnie? Ale ty jesteś inna, wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju, więc nie odrzucaj mnie, bo zmusił cię los do bycia moją żoną, dobrze?, te słowa szumiały niebezpiecznie w mojej głowie. Odtwarzałam w pamięci wszystkie jego słowa wypowiedziane do mnie, nadal się nad nimi głowiąc. Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
Więc nie odrzucaj mnie, nie odrzucaj mnie, nie odrzucaj mnie. Nie odrzucę.
Spojrzałam na zegarek, po czym zeszłam szybko z parapetu i ruszyłam na kolację, przebrana w kremową sukienkę. Zdjęłam po drodze szpilki, które przeszkadzały mi w biegu, wzięłam je w dłonie i zaczęłam biec przed siebie.
Przed drzwiami założyłam ponownie szpilki i poprawiłam sukienkę oraz swoją fryzurę. Weszłam pewnym krokiem, próbując uspokoić oddech.
– Przepraszam za spóźnienie, coś mnie zatrzymało.
Wydusiłam tylko, a na moich policzkach pojawiły się rumieńce. Usiadłam koło swojej siostry, a ta spojrzała na mnie porozumiewawczo, a Tatiana, która weszła do jadalni spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem.
– Kochanie, usiądź koło księcia Sebastiana, Tatiana poprosiła mnie by mogła usiąść koło Eugenii – powiedziała melodyjnym głosem moja rodzicielka, a ja posłusznie wstałam i usiadłam po prawej stronie Sebastiana, który uśmiechnął się ciepło w moją stronę.
Pokręciłam głową.
Czy tak już miało być zawsze?

*
Hej, hej, hej!
Wróciłam tutaj po dwudziestu dniach, cóż... :o, długo mnie nie było wprawdzie,
miałam rozdziały dodawać co tydzień, ale kompletnie nic z tego nie wyszło, przepraszam!
Biorę się do roboty, mój zapał jest nie do opisania, więc czekajcie wytrwale na nowy rozdział,
który pojawi się na pewno piątego stycznia albo wcześniej, zależy! ;))

Życzę Wszystkim wybuchowego, niepowtarzalnego i niewiarygodnie szczęśliwego
Nowego Roku! By ocenki dobre były, byście wspominali ten rok jak najlepiej i najdłużej!

                                                     Liarhell


niedziela, 9 grudnia 2012

Rozdział pierwszy

Drogi Olimpie, uwierzysz?
Olimpie pokochasz?
Olimpie znajdziesz?
Olimpie uratujesz?
Olimpie zabłyszcz.
Kometa.

~
Siedziałam przed biurkiem ojca, który zawzięcie pisał list do Williama, mojego drogiego kuzyna, choć ojciec chciał koniecznie porozmawiać – musieliśmy czekać na moją rodzicielkę, spóźniała się już kilkanaście minut. Zerknęłam na okno z utęsknieniem, chciałam w końcu wyjść z tego odpychającego gabinetu. Usłyszałam głośne stukanie obcasów. Matka! Obróciłam się mimowolnie, a kąciki ust uniosły się nieznacznie, oczy zabłyszczały z radości; czułam, że już za kilka minut wyjdę z tego obskurnego pomieszczenia i wydostanę się z sideł rodzicieli. Usiadła na oparciu fotela, na którym siedział ojciec, a sama ja usiadłam wyprostowana jeszcze bardziej, o ile było to możliwe. Ojciec spojrzał na mnie zmartwiony, a matka lustrowała mnie swoimi zagubionymi tęczówkami. Wiedziałam, że stało się coś niedobrego. Złe wiadomości? Oby nie, choć wiedziałam, że tak naprawdę jest inaczej.
– Beatrice… – zaczęła nieszczęśliwym tonem rodzicielka. Spojrzałam na nich nie rozumiejąc, nic a nic, o co im chodzi. Wzięłam głęboki oddech. Rozejrzałam się dookoła, unikając ich spojrzeń; zagubionych, przerażających i smutnych. Byli tacy… przygnębieni, że nie miałam nawet siły im przerywać.
– Mamy do Ciebie dobrą i złą wiadomość – szepnął niewyraźnie ojciec. Zalała mnie fala nieprzyjemnego dreszczu, zrobiło mi się momentalnie zimno, a na moim ciele pojawiła się gęsia skórka. Serce zaczęło bić szybciej.
No mówcie!, zawołałam zrozpaczona w myślach. Nigdy, ale to nigdy nie lubiłam złych wiadomości, choć mała iskierka nadziei w wewnątrz mnie – ujawniła się. Nie śmiałam nawet odzywać się. Chciałam by w końcu powiedzieli co im na sercu leży.
– Zaczniemy od złej, cóż… pamiętasz bal? Gdzie przetańczyłaś cztery tańce z księciem Sebastianem z Veltany? – zaczęła wypytywać mnie matka, a ja tylko kiwnęłam głową, wiedząc o kogo chodzi. Nigdy nie przepadałam za dwudziestolatkiem. Przerażało mnie jego spojrzenie i ten bezczelny uśmieszek. Trafiłam na narcyza? Choć muszę przyznać, że mężczyzna poruszał się z gracją, czego mógłby pozazdrościć  nawet model. – Musimy przekazać ci, że zdecydowaliśmy z ojcem wydać cię za mąż. To właśnie książę Sebastian ma zostać twoim mężem. Mimo, że jesteś młoda chcemy wyprawić ślub jak najszybciej. – Dodała drżącym głosem, a ja z niedowierzaniem spoglądałam na nich. Wybuchnąć czy nie? Oto jest pytanie.
Poczułam się sprzedana. Tak sprzedana, załamana i poirytowana. Gniew chciał zawładnąć moim ciałem, duszą i myślami. Jak oni to sobie wszystko wyobrażali? Nie rozumiałam ich toku myślenia, przecież mam całe życie przed sobą.
Bezsilność.
– Słucham? Co wy sobie wyobrażacie, że wyjdę za mąż w wieku szesnastu, czy siedemnastu lat? – zawołałam załamanym głosem. Zaczęłam drżeć, a po policzkach poleciały łzy.
– Tak córeczko, nie mamy innego wyjścia.
Powiedział mój rodziciel. Szybko wyszłam z gabinetu ojca, potrącając tym służbę. Energicznie trzasnęłam drzwiami, po czym poszłam do pokoju. Byłam załamana, miałam ochotę wyjść z siebie i stanąć obok. Chciałam żyć po swojemu. Niestety nie jest i nie było mi to dane.
Nadzieja. Wolność. Bezsilność. Pomóż mi.

Dochodząc do pokoju, zerknęłam za siebie, napotkałam niepewne spojrzenie mojej młodszej siostry Eugenii. Pokręciłam tylko głową przecząco i weszłam bez słowa do pokoju, zamykając się tam na resztę dnia. Siadając na parapecie, pogrążyłam się w zadumie.

~~

Eugenie spoglądała na rodziców zaciekawiona. Widząc ich nietęgie miny, miała ochotę się roześmiać. W końcu nie do końca wiedziała o co chodzi. Jej uśmiech nie udzielił się nikomu, denerwowali się jak nigdy wcześniej, przynajmniej tak myślała trzynastolatka. Rozejrzała się dookoła wypatrując swojej siostry Beatrice, uniosła tylko brew, gdy jej nie dostrzegła. Humor momentalnie się jej zmienił.
– Gdzie jest Ice? – spojrzała na rodziców, a drzwi jak na zawołanie otworzyły się, a w nich pojawiła się Beatrice  nikogo nie zaszczycając spojrzeniem. Niedbałym krokiem doszła do swojego miejsca i usiadła na nim wygodnie, po chwili zaczęła konsumować jedzenie.
– Przepraszam, możecie mi powiedzieć o co chodzi? Coś się stało, prawda? Tylko nie chcecie mi o tym powiedzieć – powiedziała zniecierpliwiona Eugenie. Patrząc to na siostrę, to na rodziców poczuła się osobą, którą wykluczali spoza wszystkich ważnych rozmów. Choć miała tylko trzynaście lat rozumiała więcej, niż jej rówieśniczki. Była nazywana „wszystko wiedzącą Enią”, wszystko wiedziała począwszy od maleńkich plotek kończąc na problemach finansowych ludności w Yorku.
Odłożyła swój widelec i nóż na bok, czekając aż ktoś jej odpowie o co chodzi.
– Siedź cicho.
Mruknęła w końcu jakby do siebie Beatrice. Starszyzna spojrzała na swoją starszą latorośl smutnym wzrokiem. Obydwoje milczeli, choć wiedzieli, że Eugenie zacznie wypytywać, aż do skutku.
– Beatrice wychodzi za mąż – powiedziała Sarah, spoglądając na swoje córki zatroskanym, acz zrozpaczonym wzrokiem. Eugenie otworzyła szeroko usta zaskoczona. Czuła, że Ice nie było to wcale na rękę. Usłyszała tylko trzask. Sztućce znalazły się momentalnie na talerzu, a ręka Beatrice wylądowała na szklance z sokiem pomarańczowym, przez co wylała go na śnieżnobiały obrus. Następny trzask; tyle, że drzwiami.
Biedna Bea, oj biedna, przeleciało trzynastolatce przez myśl.

~~~

Zajrzę w głąb duszy.
Tam znajdę odpowiedź.
Kometa.

~~~~

Przechadzając się po ogrodzie, rozmyślałam nad tym co straciłam, co zyskałam i to co zgubię; bądź zdobędę. Po drodze do ołtarza będę gubić swoje marzenia, swoje uczucia; swoje wewnętrzne piękno. Swoją wolność, przeleciało mi nagle przez myśl.
Znowu uczucie bezsilności, zguby pociągnęło mnie w skrajność. Czułam się zagubiona w wielkim świecie, tylko czemu ja to tak przeżywam…? Przecież wiedziałam, że to kiedyś się stanie.
Pomocy…


*
Witam serdecznie w niedzielną noc(?), tak więc... błędów nie sprawdzałam - przepraszam za najróżniejsze błędy, ale po prostu... tak mam, o. Następny rozdział już za tydzień, przynajmniej spróbuję się "spiąć" i napisać coś. Dobranoc ;*.

Wyrazów: 843.
Stron: 2.

czwartek, 29 listopada 2012

Prolog

Kometo,
Cóż mam począć, gdy gaśnie moje małe światło dwa metry nad niebem? Gdy wszystko to co mam, stanie się nierealne i niedostępne dla mnie i dla świata? Słyszałaś może o woni oddania? O zapachu jeziora skąpanego promieniami słońca? O mocy, która próbuje zgładzić dobro?
Widziałem wskazówkę od Ciebie, najdroższa Kometo, cóż mam czynić?
Spróbuj pokonać mój strach przed samym sobą.

„(…) to nadal widać. Nieposkromione zostało uwiecznione…”